Skip to main content

Białe plamy stanu wojennego - Wigilia '82 w kompanii karnej

portret użytkownika janusz

Pod koniec 1982 r. setki najaktywniejszych działaczy Solidarności z tzw. drugiego szeregu otrzymało nagłe powołanie do służby wojskowej. W Wojskowych Obozach Specjalnych spędzili trzy miesiące, a niektórzy nawet dwa lata. Trzydzieści lat temu za zasiekami, w przerobionych na baraki wagonach, zasiedli do wigilijnej wieczerzy.

Przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie toczył się proces autorów operacji „Jesień '82". Karne wcielenie do wojska zostało przez Instytut Pamięci Narodowej zakwalifikowane jako zbrodnia komunistyczna. Oskarżeni byli generał LWP Florian Siwicki oraz generałowie MSW Władysław Ciastoń i Józef Sasin. Nie przyznają się do winy. W listopadzie sąd stwierdził, że 87-letni Siwicki jest zbyt chory, aby mógł być sądzony. To sprawiło, że proces przekazano sądowi powszechnemu, gdyż dwaj pozostali oskarżeni nie byli generałami wojska, lecz cywilnych służb specjalnych. Pełna dokumentacja dotycząca obozów objęta jest klauzulą 30- i 50-letniej tajności.

Powołane w 1982 r. Wojskowe Obozy Specjalne stanowiły ukrytą formę internowania pod pozorem powołania na dodatkowe przeszkolenie do wojska. Było to odizolowanie w warunkach ciągłej opresji i niepewności. – Zapomnijcie o powrocie do domu. Obok na poligonie stacjonują radzieckie wojska. Zrobią wam tu drugi Katyń – usłyszeli komunikat dwudziestokilkuletni opozycjoniści, przybywszy na miejsce „szkolenia".

„Z każdego wytypowanego zakładu produkcyjnego powołana powinna być grupa osób stanowiąca trzon aktywistów prowokujących zajścia" – czytamy w datowanych na 21 października 1982 r. założeniach organizacyjnych ówczesnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. „Typowaniem" zajmowała się bezpieka, a do zorganizowania pododdziałów postanowiono wykorzystać „szczególnie dobraną kadrę zawodową i podoficerów zasadniczej służby wojskowej".

Plan komunistów był przebiegły. Moment „szkolenia" nie był przypadkowy: na okres zaplanowanej rekrutacji przypadały najbardziej zapalne daty – 1 i 11 listopada, a także rocznica wprowadzenia stanu wojennego i kolejne „krwawe" daty grudnia oraz planowany na 10 listopada 1982 r. ogólnopolski strajk przeciwko zdelegalizowaniu „S".

„Chłopaki, którzy byli internowani, twierdzą, że jest tu ciężej" – pisał w grypsie do rodziny Leszek Jaranowski, który z początkiem listopada trafił do jednego z WOS-ów, zlokalizowanego przy jednostce LWP w Czerwonym Borze na Podlasiu. – Za każde niewykonanie rozkazu grozi od trzech lat w górę – pisał. Wojskowi rozpuścili informacje wśród żołnierzy, że „wcieleni" to bandyci i terroryści, którzy planowali morderstwa na komunistach. Przybyłym pobierano odciski palców, wielokrotnie ich przesłuchiwano. W ich otoczeniu działali konfidenci. Podczas przesłuchań oferowano „wcielonym" możliwość wyjazdu w dowolne miejsce na świecie. W jedną stronę. Z tej możliwości skorzystała tylko jedna osoba.

W warunkach ciągłej musztry, przymusowej, bezsensownej pracy i przesłuchań setki mężczyzn spędziły długie zimowe miesiące, trzy razy dziennie pokonując trzy kilometry do stołówki. Było wśród nich wielu inwalidów – jeden z nich codzienne 18 km na stołówkę pokonywał o kulach, pod karabinami pilnujących go żołnierzy.

W tych smutnych okolicznościach zbliżało się Boże Narodzenie. – Zaczęliśmy domagać się Wigilii z prawdziwego zdarzenia. W połowie grudnia do „wcielonych" zgłosił się umundurowany kapłan. Mówił, że jest z Kościoła polskiego. Olaliśmy go i nawet opłatków od niego nie zabraliśmy, bo to, co nam mówił, było jakieś takie „nie nasze" – opowiada Jaranowski (prawdopodobnie był to kapłan działającego pod egidą władz PRL-u Kościoła polskokatolickiego – przyp. red.). Wreszcie ks. Władysławowi Palmowskiemu (organizator pomocy dla strajkujących i ich rodzin oraz Komitetu Pomocy Internowanym i Pomocy Aresztowanym w Nowej Hucie – przyp. red.) udało się jeszcze przed świętami na krótkie chwile sprowadzić na teren obozu rodziny opozycjonistów, dostarczyć prowiant i opłatek. – To był początek organizowania własnej, niezależnej Wigilii – opowiada krakowski opozycjonista.

Uroczysta kolacja odbyła się w stołówce obozowej. Z relacji wynika, że nawet oficerowie załogi obozu, którzy na co dzień nie wdawali się w bliższe kontakty z „wcielonymi", mieli chwilę łagodności i pozwalali na pieśni patriotyczne i religijne.

– W Wigilię składaliśmy wszystkim życzenia, także tym, którzy nas pilnowali. Był tam jeden z lekarzy. Pamiętam, podszedłem do oficera, mówiąc: miałeś być lekarzem wojskowym, jesteś klawiszem. Żal mi było tego chłopaka, płakał w kącie jak małe dziecko. Nie wytrzymał psychicznie – relacjonował przed laty w radiowej audycji Kazimierz Łapczyński, inny „żołnierz" z Czerwonego Boru.

W barakach do późnej nocy śpiewano pieśni patriotyczne i religijne. Jednak cierpliwość załogi obozu się wyczerpała. Jeszcze przed pasterką, na którą nie chciano wypuścić opozycjonistów, dowódcy nosili się z zamiarem pacyfikacji jednego z domków, z którego rozlegało się głośne „nie chcemy komuny". Zarządzono karną musztrę na odległym poligonie. Zareagowali na to pozostali „poborowi", którzy wyszli przed baraki. Sytuacja gęstniała z każdą chwilą. Do pacyfikacji szczęśliwie nie doszło, interwencji zaniechano. Śpiewy trwały do rana.

Później rzeczywistość wróciła jednak do barw szarych jak przymusowe mundury bez pagonów. Obozowa rutyna trwała jeszcze dwa miesiące, a dla niektórych o wiele dłużej. Część „wcielonych" musiała w karnych kompaniach odsłużyć całe dwa lata. Piętno WOS-ów noszą do dziś.

Autor: Wojciech Mucha: www.niezalezna.pl

25 grudnia 2012

http://www.darpoint.pl/pages/wos.htm

5
Ocena: 5 (2 głosów)
Twoja ocena: Brak