Skip to main content

Nasza Wielkanoc za granicą

portret użytkownika śp Jan Książek

Wielu młodych ludzi w ostatnich latach wyjechało za granicę w poszukiwaniu pracy. Kiedy miejsce nowego pobytu jest blisko kraju, można na święta przyjechać do rodziny. I tak nasi rodacy wędrowali do kraju, wyczekując niejednokrotnie w długich kolejkach samochodowych na przejściach granicznych.
Kiedy jednak przyjazd na święta do rodziny nie był możliwy, czy to z powodu odległości, czy z innych powodów, wówczas trzeba było święta spędzać za granicą, na „obczyźnie”, jak to dawniej się mówiło. Chociaż dziś, kiedy nasz kraj jest w Unii Europejskiej, może nie jest to już taka „obczyzna” jak dawniej?
Jak spędzały święta Wielkanocne za granicą dwie młode rodziny z Piotrkowa Trybunalskiego, o tym opowiedzą nam Państwo Arlena i Jakub Mielczarkowie z Anglii oraz Emila i Artur Kowalscy z Hiszpanii.

  • „Jako ze jesteśmy jedynym narodem, który święci pokarmy w Wielką Sobotę - pisze Pani Arlena z Londynu - święcenia można dokonać w polskich kościołach, na przykład w dzielnicach Ealing i Angel. Są to kościoły najpopularniejsze wśród Polaków mieszkających w Londynie. Jednak święcenia dokonują również księża na życzenie, ale po angielsku, błogosławią pokarmy. W naszej dzielnicy święcenie odbyło się w katolickim kościele, po angielsku, ale według polskiej tradycji . Ksiądz był zachwycony i robił zdjęcia bo uznał że to taka piękna tradycja.
    Co do spędzania samych świat, to myślę, że każdy starał się spędzić je w gronie rodziny lub przyjaciół, lub po prostu odpocząć od trudu dnia codziennego, niełatwego trudu, trzeba przyznać tutaj, za granicą. Z pewnością jednak każdy Polak zachował tradycję podzielenia się jajkiem, a także starał się zdobyć te produkty świąteczne, jakie były konsumowane w domu rodzinnym. Dowodem na to są oblężone polskie sklepy w których towary, takie jak żurek, biały barszcz z kiełbasą oraz polski chleb święciły swoje triumfy.
    Święta Wielkiej Nocy w Londynie to okazja do spotkań dawno nie widzianych osób z racji że dodatkowe dni świąteczne to piątek i poniedziałek. Ci co mieli wolne, mieli również długi weekend. Anglicy jednak nie celebrują tych świąt tak uroczyście jak my. Jest to dla nich raczej kilka wolnych dni, które mogą przeznaczyć na większe zakupy z racji rozpoczynających się wyprzedaży wiosennych.
    Ja z mężem i córeczką Oliwią (która urodziła się dziewięć miesięcy temu już tu w Londynie) spędzaliśmy święta u znajomych, którzy mieszkają niedaleko morza. Ponieważ pogoda dopisała, święta w tym miejscu uważamy za udane.
    Pozdrawiamy serdecznie z Anglii”.
  • Na zdjęciu: Arlena i Jakub Mielczarkowie z córeczką Oliwią nad morzem
  • „Wielkanoc, którą spędziliśmy na obczyźnie, z dala od domu rodzinnego – pisze Pani Emila Kowalska - zapewne nie była inną od tej, którą mogliśmy mieć w Polsce. Święta te poprzedził ogrom przygotowań, mam na myśli sprzątanie mieszkania oraz przyrządzanie posiłków. W sobotę od samego rana piekłam ciasta, potem po obiedzie wraz z córeczką Natalią malowałyśmy jajka i szykowałyśmy koszyczek wielkanocny. A w naszym koszyku znajdowały się pisanki, babka wielkanocna, kawałeczek kiełbaski, kromka chleba, sól i pieprz oraz baranek z cukru, który przed samymi świętami przysłali nam bliscy z Polski. W Katalonii, bo tu obecnie mieszkamy, nie ma zwyczaju święcenia pokarmów w Wielkanoc. Nam udało się podtrzymać tą tradycję będąc na obczyźnie, dzięki księdzu z tutejszej parafii, który zgodził się to zrobić. Umówiliśmy się na sobotni wieczór, udaliśmy się do kościoła, ksiądz powiedział, abyśmy odmówili modlitwę Ojcze Nasz w języku polskim, potem pomodlił się i poświęcił nam pokarmy przyniesione w koszyku. Na zakończenie podarował nam świecę i powiedział, abyśmy zapalili ją podczas niedzielnego śniadania. I tak też zrobiliśmy. W niedzielę rano, podczas śniadania, świeca paliła się na naszym stole a my podzieliliśmy się święconym pokarmem i zjedliśmy śniadanie.
    Msza św. w kościele była o godz. 12, ale jeszcze przed Mszą poszliśmy do domu zaprzyjaźnionej hiszpańskiej rodziny, ponieważ oni przygotowali dla naszej córci ciasto, co jest w tutejszym zwyczaju. Ciasto to nazywa się La Mona. Jest to ciasto biszkoptowe, przełożone marmoladą i udekorowane kremem, podobne do tortu. Mieszkańcy Katalonii konsumują to ciasto w gronie najbliższych dopiero w poniedziałek i najczęściej robią to w plenerze, wyjeżdżając poza miasto. Ciasto, które dostała nasza córka, było pięknie udekorowane kremem, truskawkami i ślicznymi, żółtymi kurczaczkami.
    Później udaliśmy się na Mszę św., a po jej zakończeniu, wraz z mieszkańcami na plac blisko kościoła i przyglądaliśmy się regionalnym tańcom, które przygotowały różne grupy wiekowe dzieci, młodzieży i dorosłych, ubranych w odpowiednie katalońskie stroje. Po zakończeniu tych tańców, zjedliśmy obiad i resztę dnia spędziliśmy w towarzystwie naszych polskich przyjaciół, którzy też tutaj obecnie żyją.
    Poniedziałek wielkanocny spędziliśmy może nie typowo, ale bardzo przyjemnie. Pojechaliśmy do Barcelony zwiedzać ZOO. Tak minęły nam Święta Wielkanocne.
    Pozdrawiamy serdecznie z Hiszpanii”.


    Na zdjęciu: Emila Kowalska z córką Natalią w barcelońskim ZOO

    Przygotował Jan Książek

  • 0
    Nikt jeszcze nie ocenił tej publikacji. Bądź pierwszy
    Twoja ocena: Brak