Skip to main content

Fragment powieści o Zygmuncie Szczęsnym Felińskim " Zwycięzca"

portret użytkownika Marian Grotowski
5a8d6ea1ec5fb_o_large.jpg

W kaplicy było ciemno. Wysoki krzyż sięgający stropu zdawał się dzielić kaplicę na dwie części. Witraże znajdujące się w oknach na ścianie ołtarza przedstawiały męczeńskie sceny z życia Świętej Zofii. Świece na bocznych ścianach w znacznym stopniu zdążyły zaczernić dymem białe ściany. Ich migotanie zdawało się zapełniać całe wnętrze kaplicy jakąś niezgłębioną tajemnicą, jakimś misterium. Drewniane ławki ciągnęły się od wejścia aż po sam ołtarz przed którym ustawiono dwa klęczniki. Na jednym z nich klęczał ksiądz i przebierał w rękach paciorki różańca. Szeptane przez niego zdrowaśki niosły się korytarzem aż do refektarza. Zygmunt wyciągnął z kieszeni swój różaniec i podszedł do drugiego klęcznika. Dopiero dźwięk dzwonka wzywającego na nieszpory przerwał modlitwę.
- Zygmunt? To ty?
- Jak mi Bóg miły, nie spodziewałem się. To ty? To ty? Stanisław?
- Mój Boże miły! Zygmunt! Toż przecież ty do Moskwy wyjechałeś.
Ksiądz Kurczyński wstał z klęczek i uścisnął przyjaciela.
- Zygmunt. Tyle lat! Co się z Tobą działo. Wiesz, jeśli chcesz być na nieszporach, to zapraszam, potem pójdziemy nad Teterew. Jeśli nie, to zaraz możemy iść. Mój Boże! Musimy pogadać.
Słońce chyliło się ku zachodowi, łąki pachniały świeżym sianem i ziarnem sypiącym się z dojrzałych i napęczniałych kłosów pszenicy i żyta. Chabry i bławatki bezwstydnie kokietowały swoim zapachem i urodą zlatujące się tu ze wszystkich stron bajecznie kolorowe ważki i motyle. Po drugiej stronie rzeki w rozlewiskach i mokradłach dumnie przechadzały się bociany i czaple a żaby, jakby naigrawając się ze wszystkiego, rozpoczęły swój wieczorny koncert I był to koncert na rechot żab, śpiew ptaków i cykanie świerszczy i cykad, które w jakiejś niewyobrażalnej ilości właśnie się wyroiły.
- Zygmunt, ile to już lat minęło.
- Widzisz Stanisław, pamiętasz szkołę w Klewaniu? Już w trzeciej klasie, widząc zepsucie wśród naszych kolegów, złożyłem przed obrazem Matki Najświętszej śluby czystości, i do tej pory ich dochowuję, mimo że sporo czasu spędziłem w Moskwie, w Paryżu, nawet w Londynie czy w Niemczech. Ty jesteś już księdzem, inspektorem. Ja dopiero w Paryżu zrozumiałem gdzie jest moje miejsce. Co z tego że skończyłem matematykę w Moskwie, humanistykę na Sorbonie, kiedy ani rachunki, ani ta cała humanistyka nie jest mi potrzebna. Teraz dopiero widzę, że powinienem być księdzem.
- Kiedy rozmawiałeś już z biskupem Borowskim, ja żadnych przeszkód nie widzę. Zaczynaj rekolekcje, później zobaczymy, co z tego będzie.
Drewnianą kładką przeszli na drugi brzeg rzeki. Dojrzałe kolby tataraku kiwały się na wietrze, kaczeńce i maki krasiły intensywnością swoich barw zielone łąki. Z dala spokojnie pasły się krowy i owce. Zbliżał się wieczór. Słońce schyliło się już za horyzont rzucając na niebo swój jaskrawoczerwony blask. Gdzieś daleko jacyś młodzi chłopcy piekli w ognisku kartofle.

O polska kraino! - przerwał majestatyczną ciszę Zygmunt -
Gdyby ci rodacy,
Co za ciebie giną, wzięli się do pracy,
I po garstce ziemi z ojczyzny zabrali,
Już by dłońmi swymi Polskę usypali.
Lecz wybić się siłą, to dla nas już dziwy;
Bo zdrajców przybyło, a lud zbyt poczciwy.

- Widzę, żeś nie tylko matematykiem i filozofem, ale także i poetą!
- Nie! Skąd! To Wincenty Pol. Poznałem go w Paryżu.
- Wielu polskich poetów tuła się po świecie nie znajdując dla siebie miejsca w Ojczyźnie.
- A to znasz?
Ogromne wojska, bitne generały
Policje tajne, widne i dwupłciowe
Przeciwko komu tak się pojednały?
Przeciwko kilku myślom... co nie nowe.

Wiesz kto to napisał?
- Nie wiem.
- To napisał Cyprian Kamil Norwid. Carska żandarmeria schwytała i wywiozła na Sybir dwustu jego najbliższych przyjaciół. Jakże miał nie uciekać z Ojczyzny?
- Zygmuncie, czy aby nie chcesz dołączyć do księży patriotów, którzy służąc Ojczyźnie zapomnieli do czego zostali powołani?
- Nie, nie. Ale posłuchaj. Powiem ci to, com już biskupowi Borowskiemu szczerze, jak na spowiedzi wyznał.
Wszystkie burze w Europie, rewolucja Francuska i inne zrywy tak wyegzaltowały mój patriotyzm, żem myślał, że cierpienia naszego narodu wkrótce się zakończą, że Polska znowu zajmie należne jej wśród chrześcijańskich narodów miejsce. Nawet upadek naszego powstania, który zawdzięczać musimy obojętności i gnuśności Francji nie zachwiał mojego przekonania, że nasza Ojczyzna znów będzie wolna.
Początkowe powodzenie powstania na Węgrzech, którego przywódcami byli generałowie Bem i Dembiński i siła, w jaką urosły polskie legiony pod ich kierownictwem podniosły tę nadzieję i kazały się spodziewać, że po zwycięstwie nad Austrią siły te przeciw Rosji obrócone zostaną. Ale później wkroczenie olbrzymiej armii rosyjskiej na Węgry i śmierć generała Bema rozwiały te nadzieje, których trzymałem się ze wszystkich sił. Ogarnęła mnie tak wielka żałość na myśl, że moje pokolenie nie będzie się cieszyć wolną Polską, że zwątpiłem w tę błogą chwilę, że nasz biały orzeł zjednoczony z litewską pogonią znów bujać będzie swobodnie nad polską krainą. I taki smutek mnie ogarnął, żem coraz częściej myślał o śmierci, modląc się o jej jak najszybsze nadejście. Stasiu, w tej epoce mojego życia uczucia patriotyczne tak dalece górowały nad wszystkimi innymi, nawet nad uczuciami religijnymi, że nie widziałem żadnego szczęścia, żadnego miejsca dla siebie, póki ojczyzna w niewoli. To uczucie nie dało się wymazać z serca, wyciszyć. Zobojętniałem na wszystko. Przyszłość moją widziałem jałową i bezbarwną. Życie stało się ciężarem, źródłem ciągłego udręczenia. Żyć z tym uczuciem, to jakby żyć ze śmiertelną raną, konając wiecznie. Żyć bez niego, to jakby usychać z pragnienia na rozpalonej słońcem pustyni. A więc jedynym wyjściem z tej sytuacji była śmierć. Nie żeby myśl samobójcza zagnieździła mi się w głowie. Zbyt szczerze wierzyłem. Ale całym sercem przyzywałem śmierci, wyczekiwałem jej i modliłem się o nią.
Pewnego razu, a noc była ciepła i księżycowa, tak że pomimo firanek srebrzysty blask dostawał się do pokoju i malował na ścianach niewyraźne kontury przedmiotów znajdujących się wewnątrz. Po długiej bezsenności usnąłem nad ranem. I nagle stanęła przede mną śmierć, szkielet w białym całunie, trzymająca w ręku kosę i głosem jakby zza grobu powiedziała do mnie:
- Chciałeś śmierci, to ją masz.
Po tych słowach widmo wyciągnęło kosę i przyłożyło mi jej ostrze do szyi. I w tej chwili obudziłem się przerażony i zlany potem. I wyraźnie widziałem przed sobą białe widmo i czułem ostrze kosy przyłożone do szyi. Struchlały zamknąłem oczy, a w duszy przeleciał mi obraz całego mojego życia, życia zaprzątniętego i skierowanego tylko na doczesność, nie uwzględniającego prawdziwego celu życia człowieka a często nawet sprzecznego z wolą Boga. I jednocześnie usłyszałem jakby wewnętrzny głos. Pytał mnie:
- Czy jesteś gotów stanąć przed boskim trybunałem?
I nigdy tak jasno jak w owej chwili nie poznałem niezmierzonej nędzy mojej i mojego zuchwalstwa w pożądaniu śmierci, tak, iż dusza moja tarzając się w prochu, wołała przeklęta i upokorzona. -Panie! daj czas na pokutę! Daj czas na poprawę!
Kiedym powtórnie otworzył oczy okazało się, że to co brałem za widmo, to był fotel a na nim bezładnie rozrzucone moje ubrania, które w tak przedziwny sposób się uformowały, a kosą było prześcieradło okręcone wokół mojej szyi. Stasiu, to było ostrzeżenie z nieba dla mnie. Stasiu, to Pan Bóg mi powiedział, abym przestał utyskiwać i żalić się nad sobą ale wziął się do pracy na chwałę Bożą i zbawienie bliźnich.
- Zygmunt, czy aby teraz pycha przez ciebie nie przemawia? Czemuż to Pan Bóg miałby akurat do Ciebie przemawiać? Czemu akurat Tobie ma dawać znaki?
- Stasiu, po to tu przyjechałem, aby się nauczyć odróżniać to, co do mnie mówi Pan Bóg od wytworów mojej wyobraźni i od projekcji szatana, który do każdego człowieka szuka dostępu, także i do mnie.
- Oj Zygmunt, Zygmunt. Tego nigdy się nie nauczysz. Diabeł jest za sprytny abyśmy sami potrafili jego głos poznać. Trzeba wsłuchać się w głos Boga. Trzeba usłyszeć to, co do nas mówi, a do tego potrzebna jest modlitwa i pokora. Zygmuncie, musisz ukorzyć się przed Bogiem. Musisz poznać swoją małość przed nim, wtedy zrozumiesz, co do Ciebie mówi.
- Po to tutaj rekolekcje będę odprawiał. Po to tutaj jest prałat Kulikowski aby ci, którzy ukończą to seminarium, miłości własnej nad miłość do Chrystusa nie przedkładali.
Myśl o założeniu sutanny nawiedzała mnie często. Naprzeciw niej występowały zarzuty, że będąc w służbie kościoła nie będę mógł Ojczyźnie służyć. Drugi to taki, że stan dzisiejszego duchowieństwa wiele do życzenia pozostawia. Dopiero Słowacki oczy mi otworzył.
- A nie są ci znane przypadki, że wierni słudzy kościoła przez swoje oddanie Chrystusowi więcej dobrego dla Ojczyzny zrobili niż niejeden generał czy marszałek? Dziwi mnie to, że studiując różne nauki nie poznałeś tej prostej prawdy, że Ojczyzna to dar od Boga, tak jak życie. Szkodzić jej czy zdradzać ją to grzech śmiertelny. Natomiast budować ją, leczyć gdy chora, to działanie nad wyraz miłe Bogu, byleby nie przysłaniało człowiekowi drogi do nieba. Po wtóre, patriotyzm zasadzający się tylko na gotowości do porwania się na pierwsze zawołanie na tysiące może być jałowy a czasem bywa szkodliwy. No bo cóż wart jest taki obywatel, który na każde zawołanie ma pod sobą konia i szablę w dłoni trzyma mocno, skoro dla pomnożenia zasobności i potęgi Ojczyzny nic nie robi? Jego całe życie przejść może na oczekiwaniu na hasło do boju.
- Masz rację Stasiu. cóż wart jest człowiek, który całe swoje życie konia i szablę rychtuje hulając przy tym zdrowo, albo leniwie czekając aż mu Pan Bóg łaskawie wolną Ojczyznę z nieba spuści. Masz rację. Każde rozpaczliwe porwanie się do broni kończy się nie tylko chwilową porażką ale także długim pasmem prześladowań i ucisków a przy tym tysiące słabych ulega wrogowi i zdradza narodową sprawę. Bez błogosławieństwa Bożego …
- Bez błogosławieństwa Bożego zwycięstwa nie otrzymamy i spodziewać się go nie mamy prawa, póki poprawą wad narodowych i nabyciem cnót odpowiednich na zmiłowanie Boskie nie zasłużymy. Prawdą jest że cierpienie uszlachetnia i oczyszcza duszę, ale musi być ono niewinne i po Bożemu znoszone. Cierpienie, które jest skutkiem własnych grzechów i znoszone z żółcią i szemraniem staje się trucizną.
- Masz rację Stanisławie. Na ojczyznę ziemską trzeba zasłużyć, tak jak i na ojczyznę w niebie. I nie sposób jednej ojczyzny od drugiej oddzielić. Pracując dla jednej, drugą zdobyć możesz. Widziałeś Najświętszy Obraz na Jasnej Górze? Widziałeś. Matka Boża wskazuje na swojego syna, on zaś na niebo. Czyli przez Matkę Bożą do jej syna, przez Jezusa do Ojca Niebieskiego. Na wizerunkach Jezusa jedną ręką wskazuje on swoje serce, drugą niebo. Czyli, aby wejść do ojczyzny niebieskiej trzeba się wkraść do serca Jezusa. A więc tylko naród wierny Bogu i pracujący dla tej niebieskiej, jak i dla ziemskiej ojczyzny, przestrzegający bożego prawa i kierujący się bożym miłosierdziem zasługuje na wolność. Trzeba żyć zgodnie z wolą Boga a wtedy wszystko stać się może.
- Zygmunt, czas nam wracać. Ciemno już. To jeszcze ci powiem, że jedyną płodotwórczą służbą dla Ojczyzny jest praca nad dźwiganiem jej sił i zasobów narodowych. Nie tylko tych materialnych i oświatowych co umysły rozwija, bo mając takowe możemy stracić naszą indywidualność i wejść jako części składowe państw ościennych, wrogich, które już takie zasoby mają. Trzeba dźwigać takie zasoby, które o odrębności naszej stanowią i zlać się z obcymi narodami nam nie pozwolą. Takiej pracy służba Chrystusowi nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Podaje w nasze ręce dźwignię, pozwalając naszą pracę oprzeć na jedynym i niewzruszonym fundamencie, jakim jest Jezus Chrystus.
Druga sprawa, mój przyjacielu, widzisz zły stan naszego duchowieństwa i masz rację. Wielu poszło za mamoną, wielu dwóm panom służy. Ale czy wśród apostołów Chrystusa nie było Judasza? Był. Wszyscy apostołowie przysięgali, że nigdy go nie opuszczą. W obliczu jego śmierci wszyscy w niego zwątpili. Zygmunt, wiedz że kościół zbudowany jest z błota. Zarówno ten materialny jak i ten, którego każdy z nas jest maleńką cząstką. W każdym z nas jest trochę dobra, trochę zła. Cóż by to było, gdyby kościół z mydła zbudować? Tylko kościół zbudowany z błota się ostoi. Bo tylko błoto w skałę zamienić się może. Zresztą, nie widzę aby polski duchowny gorszym od innych duchownych miał być. Wszędzie tacy judasze mogą się trafić, jak wszędzie trafiają się tacy, którzy w godzinie próby, w godzinie samotnej, twardej i okrutnej zamiast wołać ”Wybaw nas Panie” odstępują od Chrystusa, jak to uczynili apostołowie. Jednak nie przeszkodziło im to w drodze do świętości. To na nich Chrystus zbudował swój kościół. I jeszcze jedno. Jeżeli przez niedbalstwo dom ojca twojego zarośnie brudem i plugastwem, co uczynisz? Co uczyni dobry syn, prawdziwie do ojca swojego przywiązany? Czy opuści dom, gdzie się urodził i wychował i będzie utyskiwał i złorzeczył przed sąsiadami? Albo czy uważając swój dom za stracony ciśnie weń zapaloną głownią by zgorszeniu kres położyć? O nie! Dobry syn rzuci się do kolan ojcu swojemu błagając o pozwolenie i błogosławieństwo, po czym wziąwszy miotłę dom dobrze omiecie i ogaci przywracając w nim pierwotny porządek. Tak powinien postąpić każdy dobry syn kościoła.
- Albo jak wilki wejdą do Pańskiej owczarni? Mój Boże. A skądże się bierze to duchowieństwo? Przecież nie z księżyca i nie z obczyzny jakiejś! To kość z naszej kości i krew z naszej krwi. Toż przecież kościół nie tworzy kapłana tylko daje mu sakramentalny charakter i posłannictwo. Kapłana tworzy kościół powszechny. Kapłan jak i kościół, zbudowany jest z błota.
- Stasiu, wracajmy. Ciemno. Jak mocno pachnie maciejka. Tutaj to wieczernik. Pięknie pachnie. Jutro zaczynam rekolekcje. Będę miał o czym myśleć. Tyleś mi dał do myślenia, że głowa boli. Czasami taka rozmowa więcej daje niż lata studiów. Dziękuję ci Stasiu.

4 stycznia 2021

5
Ocena: 5 (2 głosów)
Twoja ocena: Brak