Osoby utożsamiające się z demokracją liberalną przybierają manierę przedstawianie historii świata jako nieustającej walki o wolność, ciągłego zrywania gorsetu założonego przez despotów, religie, społeczeństwo, ustroje autorytarne i totalitarne.
Dokonują oni swoistej historiozoficznej retrospekcji, przypisując bohaterom historii intencje, których ci bohaterowie w ogóle nie mieli. Oczywiście, losy „bojowników o wolność” z przeszłości mają służyć legitymizowaniu dążń tych, którzy się do nich odwołują.
A może historii brakuje określonego, logicznego biegu? Znamy opowieści o wielowiekowych wojnach Niemców i Francuzów, które w efekcie spowodowały przesunięcie granicy raptem o kilkaset metrów. Zapewne narzucanie narracji o historii jako o ciągłym wyzwalaniu się z różnych rodzajów niewoli, oprócz funkcji opium dla serc i dusz, wynika też z opisanego przez noblistę Daniela Kahnemana mechanizmu, który polega na odmienności postrzegania rzeczywistości przez człowieka przy pomocy „jaźni doznającej” i „jaźni pamiętającej” – historię odczuwaną w trakcie jej stawania się postrzega się inaczej niż z perspektywy wielu lat po niej, gdyż wybieramy z niej te punkty, które najlepiej zapamiętaliśmy, bądź takie, które umożliwiają bardziej spójne (choć, rzecz jasna, wcale nie bardziej prawdziwe) o dziejach przeszłych opowiadanie.
Czy możemy dowodzić, że Francuzi, u których wybuchła rewolucja choćby dwa wieki wcześniej byli przodownikami starań o prawa i wolności? Tak pisał na ten temat historyk Paweł Jasienica w Polskiej anarchii: „W poszczególnych okresach dziejów Francji władza monarsza słabła ogromnie. Lecz nigdy w tym kraju nie wydano prawomocnej ustawy, która by pozbawiała królewskie dążenia naprawcze cech legalności. W Polsce po uchwaleniu artykułów henrycjańskich legalnie postępował ten, kto się sprzeciwiał przedłużeniu sesji sejmowej poza termin sześciu tygodni. Królom naszym pozostawały drogi z prawem sprzeczne lub nieopisanie trudne”.
Jeśli historia posiada swoją logikę, jeśli jest ona czymś w typielinearnego pędu postępu, pokonującego kolejne bariery, triumfalnym pochodem wolności, to dlaczego rewolucja wybuchła we Francji, a nie w Polsce? A może prawdziwość takiego spojrzenia na dzieje podważa już sam mechanizm rewolucyjny, który ma w sobie o wiele więcej z nihilizmu niż z wolnościowych aspiracji i który finalnie wiele razy w historii kończył się nową formą niewoli (przykłady rewolucji we Francji czy w Rosji są tu najbardziej wymowne, choć bynajmniej nie jedyne)? Czyli – dokładnie tak, jak w najbardziej znaczącej, choć najgorzej zapamiętanej części Murów Jacka Kaczmarskiego – „mury rosły, rosły, rosły”?
Do rozważań Pawła Jasienicy trzeba dodać, że wspomniane przez niego artykuły henrykowskie, ograniczające uprawnienia fiskalne monarchy, któremu odtąd zakazano ustanawiania nowych podatków, gwarantowały też szlachcie przywileje, a politykę wewnętrzną i zagraniczną poddawały kontroli sejmu. Zawierały także zapisy, które gwarantowały wolność wyznania. Co ciekawe, uchwalono je w 1573 roku, natomiast rok wcześniej we Francji miała miejsce noc świętego Bartłomieja, określana jako rzeź na hugenotach. Zdecydowanie podkopuje to uznanie linearnego rozwoju historii na obszarze jednego państwa i skłania do pytania kto pod koniec XVI wieku był w awangardzie walki o wolność – Polacy czy Francuzi?
Paweł Jasienica pisał o swoim szczególnym zainteresowaniu zjawiskami niepowtarzalnymi w historii.Skłania to do postawienia tezy, że historia to zbiór ważnych i mniej ważnych niepowtarzalnych, którym my usiłujemy nadać sens ex post – w dodatku każdy próbuje nadać inny sens.
W teoriach wspomnianych piewców demokracji liberalnej dostrzec możemy kolejną sprzeczność. Otóż – z jednej strony – afirmują oni znaczenie woli jednostki, która nie podlega ograniczeniom, jej rozum stanowi motor napędowy dziejów świata, zaś ona sama zdolna jest do nieskończonego samodoskonalenia. Z drugiej strony, wyznają pewien determinizm historyczny, który wprawdzie nie ma tak wyrazistego charakteru, jak w koncepcjach marksistów czy heglistów, jednak pojawia się w formie bardziej zawoalowanej w tych wszystkich pokrewnych teorii Francisa Fukuyamy o „końcu historii” koncepcjach, które prezentują demokracją liberalną w aurze ostatecznego triumfu i zwieńczenia dziejów świata.
Warto dodać, że wspomniani autorzy nie potrafią przekonująco wyjaśnić zjawiska „ucieczki od wolności”, która – a dowodów na to mnóstwo – następuje cyklicznie z częstotliwością nie mniejszą niż kolejne zwycięstwa w walce o zwiększenie obszarów wolności. Jeśli już nawet to robią, spłycają temat, obwiniając „populistów” (kolejne pojęcie znaczące wszystko i nic) czy podatność demosu (ludu) na manipulację.
Ten ostatni pogląd ukazuje zresztą pewien elitarystyczny rys piewców demokracji liberalnej, skłonnych do regularnego obrażania się na niedoceniający ich doniosłości lud ( np. w 1990 r. po pokonaniu Mazowieckiego przez Tymińskiego). To bardzo ciekawe, że afirmując system oparty o podkreślanie kluczowej wartości samej możliwości wyboru, zupełnie niezależnie od jego treści (co czyni ich pojmowanie wolności całkowicie odmiennym od koncepcji chrześcijańskich, rzymskich czy greckich – ale do tego jeszcze dojdziemy) i dokonując tego, co określić możemy jako prywatyzacja moralności, mają bardzo precyzyjne wyobrażenie o tym, czym jest dobry wybór – otóż, to wybór zgodny z ich wskazaniem.
Warto tutaj zamieścić pewną uwagę, która odwołuje się do myśli Immanuela Kanta, który dokonał rozróżnienia między „moralnym politykiem” a „politycznym moralistą” – o ile ten pierwszy, w ujęciu filozofa z Królewca, działa w zgodzie z etyką, o tyle ten drugi nagina poglądy etyczne do potrzeb polityki. Wypowiedzi współczesnych piewców demokracji liberalnej roją się od moralistyki, ukazującej wspieranie wskazanych partykularyzmów jako obowiązek „wszystkich dobrych ludzi”. Moralność zastąpiono moralizowaniem, z którym łączy ją chyba jedynie etymologia.
Znacznie ciekawszego wytłumaczenia cyklicznego „uciekania od wolności” niż to demokratyczno-liberalne dostarczył choćby związany ze Szkołą Frankfurcką socjolog Erich Fromm, który w książce zatytułowanej właśnie Ucieczka od wolności wcalej nie minimalizował odpowiedzialności liberałów za totalitarne skłonności mas. Tworząc społeczeństwo konsumpcyjne, w którym – jak śpiewał artysta – „mimo tłumów chodzimy po pustych”, teoretycy liberalizmu uczynili jednostki wyizolowanymi i wyobcowanymi, a w efekcie tego poszukującymi kogoś, kto choćby i brutalnie wypełni im obszar samotności.
Jak pisał Fiodor Dostojewski w Braciach Karamazow (Fromm powołuje się właśnie na niego w Ucieczce od wolności): „nie ma już ona bardziej naglącej potrzeby niż znalezienie kogoś, komu mogłaby, możliwie jak najszybciej, oddać ów dar wolności, z którym się – nieszczęsna istota – urodziła”.
O specyficznym rysie charakterologicznym człowieka demokratyczno-liberalnego, który polega na przyjęciu nieuniknioności i nieodwracalności zmian, ale też konformizmie, sytuującym daleko od wszelkiego radykalizmu i rewolucjonizmu, o postawie, która skupia w sobie pochwałę zmian, ale również uważa je za nieuniknione, niesione przez siły ponadjednostkowe, coś w rodzaju abstrakcyjnego „ducha czasu” (Absolut Hegla), interesująco pisał Ryszard Legutko w Traktacie o wolności: „Zmiana jest dla niego czymś naturalnym, trwanie zaś bez zmiany obraża naturę.
Dlatego rzecznicy zmian zasługują u niego na większą sympatię niż rzecznicy status quo. Nie pozostaje to – zaznaczmy – w sprzeczności z opisywaną przez Tocqueville’a osobowością człowieka demokratycznego, którego główną cechą jest konformizm. To prawda, że liberalny demokrata akceptuje tylko to, co stanowi reprodukcję jego oglądu świata. Do tego oglądu świata, a więc do składowych konformizmu, należy też podporządkowanie się fatalizmowi zmian”.
Jacek Łukasik
1 kwietnia 2026
https://marucha.wordpress.com/wp-content/uploads/2026/04/tomczak-portret...
- Zaloguj się lub Zarejestruj by móc dodać komentarz
